Skuteczny e-marketing

Dlaczego mówię „Nie dla ACTA”

z 19 uwagami

acta-nie-polska

ACTA jest chyba najpopularniejszym hasłem w polskiej Sieci w ostatnich dniach. Myślę, że na fali protestu światowej społeczności przeciw amerykańskim propozycjom legislacyjnym SOPA/PIPA, który przyniósł oczekiwane rezultaty, do nas samych dotarła potrzeba zrobienia czegoś podobnego. Bo okazuje się, że w bardzo dziwnym stylu, bez szerszego informowania opinii publicznej i konsultacji z branżą internetową, polski rząd próbuje zaserwować nam niezły „pasztet”. Oczywiście wszystko odbywa się pod płaszczykiem ochrony praw własności intelektualnej i walki z piractwem ale gdy zagłębić się w temat, to prawda jest zupełnie inna.

Dla tych, którzy nie wiedzą bliżej, czym jest ACTA sugeruję zapoznanie się z artykułem ACTA – co trzeba wiedzieć o antypirackim pakcie. Dlaczego więc mam tak ogromne obiekcje przeciw temu prawu? Przede wszystkim bardzo nie podoba mi się styl uchwalania tego prawa: pełna wersja dokumentu ACTA została upubliczniona… w połowie ubiegłego tygodnia, a toczące się od dawna rozmowy i negocjacje były tajne! Dodatkowo do rozmów nie zaproszono ani WTO, ani WIPO – a są to światowe organizacje związane z obrotem handlowym i ochroną praw własności intelektualnej właśnie. Istnieją też poważne wątpliwości, czy ACTA jest zgodne z prawem europejskim – organizacje lobbujące za tym prawem nie chciały, by podlegało ono weryfikacji przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości.

O co więc w tym wszystkim chodzi? Stare porzekadło mówi, że gdy nie wiadomo o co chodzi, to z pewnością chodzi o… pieniądze! Patrząc na ewentualne konsekwencje wprowadzenia ACTA w życie okazuje się, że ich największym beneficjentem będą koncerny i inne organizacje żyjące z zarządzania prawami autorskimi. Zresztą wystarczy popatrzeć kto w Polsce poparł  nowe regulacje prawne:

ZPAV, ZAiKS, Stowarzyszenie Filmowców Polskich, Stowarzyszenie Dystrybutorów Filmowych, Business Software Alliance, FOTA i Polska Izba Książki

Jakoś nie wierzę w bajki o dbaniu o prawa twórców, na których koncerny (szczególnie amerykańskie) zarabiją krocie. Śmiem twierdzić, że prawa własności intelektualnej, w tym patenty, to świetny amerykański sposób na dojenie konsumentów z kasy (zainteresowanym polecam dwa przykłady z amerykańskiego podwórka: Copyright Term Extension Act i Amerykański Kongres może wycofać dzieła z domeny publicznej) . Bo przecież mamy już bardzo sensowne regulacje w zakresie prawa własności intelektualnej – po co więc nowe?

Szczególnie takie, które niosą ze sobą konkretne zagrożenia:

  • walka z naruszeniami praw autorskim może być przerzucona na dostawców usług internetowych – a od czego mamy policje i sądy? dlaczego intensywna ochrona praw autorskich „w środowisku cyfrowym” ma polegać na blokowaniu pirackich zasobów, czy ujawniania danych  podejrzanych osób organizacjom komercyjnym bez wyroku sądu  (jakże ogromne pole do nadużyć przy okazji);
  • nowe definicje naruszeń praw autorskich mogą ograniczyć prawa do ujawniania informacji ważnych dla opinii publicznej – chyba ciężko uciec od skojarzeń z kneblowaniem mediów i wolności słowa… a „monitorowanie Sieci w poszukiwaniu podejrzanych o piractwo” jest bardzo elastyczne i zostawia dużo miejsca dla nadinterpretacji!
  • nowe prawo jest bardzo jednostronne, gdyż chroni „przemysł”, a nie zabezpiecza w żaden sposób praw obywateli – dlaczego rząd, który wybraliśmy w demokratycznych wyborach stara się uprzywilejować tak wąską grupę interesów kosztem ogółu społeczeństwa? ogłaszanie tego sukcesem polskiej prezydencji UE zakrawa na drwinę lub traktowanie własnych obywateli jak kompletnych matołów.

Co więc możemy zrobić? Z pewnością żadne robienie „zadymy” ( jestem absolutnym przeciwnikiem piractwa, a akcje hakerskie dają mocne argumenty drugiej stronie, choć może dzięki spektakularnym wydarzeniom z wczorajszego wieczoru temat przebije się do mediów, a nieświadomi problemu się obudzą) ale żyjąc w demokratycznym kraju należy używać mechanizmów demokracji. Myślę, że warto wysłać e-maila do posła ze swojego okręgu (pełna lista wg okręgów wyborczych) – ja już to zrobiłem i oto odpowiedź Tylko wolny Internet jest twórczy. Polecam również przystąpienie do akcji na Facebooku Nie dla ACTA w Polsce, która skupia już kilkadziesiąt tysięcy Polaków.

Pamiętaj, że nikt nie zrobi tego za Ciebie! A dzięki Internetowi i sile społeczności Twój głos naprawdę może dotrzeć do decydentów i mieć wpływ na naszą przyszłość!

PS. Osobom zainteresowanym zgłębieniem tematu ACTA polecam:

  1. bardzo ciekawą listę pytań dot. ACTA przygotował Piotr VaGla Waglowski Pytania o ACTA – ściąga dla dziennikarzy interesujących się tematem 
  2. wpis Jakuba Chabika O suwerenności i reprezentacji – rozmyślania na marginesie ACTA
  3. wpis Olgierda Rudaka, czy ACTA faktycznie może mieć wpływ na polskie prawo.

 

 

Written by Mirek Połyniak

22/01/2012 at 10:05

Jak na hejterstwo reagują blogerzy

z 10 uwagami

hejterstwoHejterstwo chyba jeszcze nie weszło oficjalnie do polskich słowników ale wśród internetowej społeczności jest już znane.

W Sieci trafiłem wygugalałem ciekawą definicję zjawiska na blogu psunabude:

Każdy szanujący się internauta ma swoich hejterów, czyli osoby, które go nienawidzą. Hejterzy różnią się zapałem, a ich ilość rośnie wprost proporcjonalnie do popularności nienawidzonego obiektu. Niektórzy ograniczają się do pojedynczych bluzgów, inni godzinami śledzą, wykazują się kreatywnością przy tworzeniu kompromitujących materiałów oraz umiejętnościami niewykrywalnego zamieszczania ich w sieci. Jest trochę jak w życiu. Kiedy jesteśmy znani, na nasz temat powstaje wiele plotek, ale mamy i wielu zwolenników. To znaczy, przynajmniej do momentu, w którym nie podpadniemy za bardzo.

Przedwczoraj opublikowałem wpis, który przedstawiał prawne aspekty odpowiedzialności blogerów za komentarze zawierające wulgaryzmy i inne treści niezgodne z prawem. Przy tej okazji wywiązała się ciekawa dyskusja. A dotyczyła one właśnie hejterstwa i sposobach postępowania z tym zjawiskiem. Pozwoliłem sobie zacytować na blogu opinie osób prowadzących popularne blogi dodając jeszcze parę wypowiedzi.

Natalia Hatalska

Dopuszczam wulgaryzmy, jeśli są uzasadnione. Jeśli ktoś używa ich jednak jako tzw. przecinek – usuwam. Usuwam też komentarze, które mają na celu wyłącznie kogoś obrazić. Do tej pory jednak usunęłam zaledwie kilka takich komentarzy – moi czytelnicy na szczęście trzymają poziom. Z FB do tej pory usunęłam tylko jeden taki komentarz.

Dorota Kamińska

U mnie zasada jest prosta: komentarze z przekleństwami, nawet jeśli są wykropkowane i nawet jeśli nie godzą w niczyje dobro, są usuwane, bo rynsztoku mieć u siebie nie zamierzam. Tak samo jak nikt nie ma u mnie prawa nikogo obrażać – ani mnie, ani innych. Wychodzę z założenia, że jak ktoś ma z tym problem niech założy własnego bloga i tam uzewnętrznia swoje frustracje.

Eliza Wydrych

Komentarze pełne wulgaryzmów od razu trafiają do kosza. Zdarza się, że czytelnicy w komentarzach niepochlebnie wypowiadają się o mnie, o innych blogerkach,  celebrytach czy po prostu sprzeczają się między sobą używając niecenzuralnych słów. Nie wyobrażam sobie żebym taki komentarz umieściła. Po prosu nie życzę sobie, aby ktoś na łamach mojego bloga obrażał mnie czy innych. Co więcej, to na jakie komentarze sobie pozwalamy świadczy też o nas.

Krystian Kozerawski

Mój blog, w jakimś stopniu moja odpowiedzialność za to, co się na nim pisze choćby w komentarzach. Jestem przeciwnikiem wolności słowa dla wszystkich. Duży procent użytkowników internetu do tego nie dorósł. Na moim drugim blogu „MacKozer po godzinach” w ogóle nie udostępniam możliwości komentowania i zauważam, że w ten sposób zaczyna postępować coraz więcej blogerów.

Grzegorz Marczak

Rzeczony tekst jest tak dziewiczo niewinny (do którego nawiązuje pseudo-prawnik), że w jego obronie warto byłoby pójść na wojnę z kimkolwiek. Co do komentarzy to też bym wywalił i spokój – szczególnie że niecenzuralne jechanie po kimś to żadna wartość.

Paweł Tkaczyk

Moja społeczność jest w miarę kulturalna i w miarę milcząca – jeśli robi się jakaś „jazda” w komentarzach, to raczej na Facebooku, niż blogu (jeśli się tu pojawiają to je po prostu kasuję)…
Moim zdaniem  wysyłanie adwokata przeciwko blogerowi (mało, przeciwko komentatorom blogu) jest słabe. Akurat wczoraj robiłem research na temat pań Grycan i czytałem komentarze na Pudelku. Setki wpisów buchających jadem, przy których komentarze u Doroty Wróblewskiej to Wersal.

Tomek Tomczyk

Przed laty ciężko było u mnie znaleźć komentarz bez wulgaryzmu. Przestałem tolerować wulgarne słownictwo, ale nie dlatego, że brzydkie słowa mnie rażą. Nie, nie jestem hipokrytą – w życiu codziennym używam wulgaryzmów i większość z nas używa.
Rzecz w tym, że niestosowne słownictwo jest zazwyczaj używane przez głupich i prostackich czytelników. W praktyce nie istnieje coś takiego jak przeklinanie z klasą, dlatego wolę już mieć takich, którzy piszą ładnie i składnie, bo nawet jeśli nie mają nic ciekawego do powiedzenia, to jako bloger nie muszę się za nich wstydzić i mogę żyć złudzeniami, że czyta mnie intelektualna elita  :-)

Jak można zauważyć wulgaryzmy w komentarzach nie są przez blogerów mile widziane i tolerowane. Nie tylko ze względu na aspekty prawne ale również przeszkadzają w budowaniu dobrej społeczności.  Z pewnością też nie służą dobremu wizerunkowi blogerki/blogera.

Written by Mirek Połyniak

19/01/2012 at 08:30

Nieznajomość prawa szkodzi: wulgaryzmy, a media społecznościowe

z 16 uwagami

dura-lex-sed-lex

Wśród osób zajmujących się marketingiem w mediach społecznościowych toczyła się ostatnio dyskusja wywołana wpisem Doroty Wróblewskiej o grożącym jej procesie sądowym. Dla pełnej jasności nie będę rozważał, czy ktoś ma prawo oceniać strój innych osób, gdyż ani się na tym nie znam (kwestie bycia osobą publiczną), ani taka tematyka mnie nie interesuje. Za to chciałbym się odnieść wyłącznie do zarzutów związanych z wulgaryzmami w komentarzach, czyli pkt.2 pisma, które autorka otrzymała od prawnika:

dorota-wroblewska-wulgaryzmy-komentarze

Na swoim blogu autorka stwierdza:

Nie uznając zasadniczych pretensji sformułowanych przez adwokata, jestem gotowa do usunięcia dwóch wymienionych komentarzy. Mogę to zrobić z uwagi na dobro 15-letniej dziewczynki.

Oczywiście pod wpisem wiele komentarzy wieszających psy na mocodawczyni powyższego pisma przedprocesowego, co chyba osoby obyte z Siecią nie dziwi. Jako naród jesteśmy zawsze anty-, a pozostałością po smutnej sarmackiej przeszłości jest brak szacunku dla prawa, czy nawet brak jego znajomości.  W tym miejscu jedna ważna dygresja: niestety prawnik zachował się z gracją słonia w składzie porcelany, bo być może problem udałoby się rozwiązać przy pomocy spokojnego i nieformalnego e-maila – wyciąganie na samym początku armaty tylko dolewa oliwy do ognia.

Tak się składa, że powyższy temat pojawił się również na grupie dyskusyjnej branży SM. Oczywiście forma komentarzy była całkowicie cywilizowana ale za to pojawiły się wątpliwości innej natury: czy takie żądania nie są już cenzurą (tak, my Polacy kochamy „wolność” – choć rzadko rozumiemy jej sens poza buntowaniem się przeciwko czemuś). Inne wątpliwości dotyczyły stwierdzenia „dziwkarski look” – czy to w ogóle jest wulgaryzmem? Okazało się, że nie każdy zajmujący się mediami społecznościowymi zna swój język ojczysty – wystarczy sprawdzić w dostępnych online słownikach ( http://www.sjp.pl/dziwkahttp://sjp.pwn.pl/szukaj/dziwka) i już wiadomo, że jest to określenie obraźliwe i wulgarne. A w prawie obowiązuje zasada „dura lex, sed lex„.

I teraz dochodzimy do najważniejszej części tego wpisu: czy wulgaryzmy pojawiające się w komentarzach na blogach, czy fanpage nie naruszają norm polskiego prawa (tu być może niektórzy SM ninja będą zaskoczeni, że w ogóle coś takiego jak porządek prawny istnieje). Oczywiście naruszają samą netykietę, która jednakże jest nieformalnym zbiorem zasad. Co ważniejsze wydaje mi się (proszę wybaczyć ale nie jest prawnikiem), że od momentu zgłoszenia takich wulgaryzmów do właściciela serwisu /administratora/moderatora z prośbą o ich usunięcie zaczyna się odpowiedzialność prawna. Taka interpretacja jest w zgodzie z art. 14 Ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną i warto jest przy tej okazji zaznajomić się z wyrokiem Sądu Okręgowego w Warszawie w sprawie Giertych przeciw Axel Springer Polska (obraźliwe komentarze na stronie Fakt.pl)

Sąd w uzasadnieniu przychylił się do argumentacji Ringier Axel Springer Polska, że zgodnie z prawem wydawca ma obowiązek usunięcia wpisu ze strony internetowej dopiero, jeśli zostanie zawiadomiony, że wpis narusza prawo. Taki zapis istnieje w Ustawie o świadczeniu usług drogą elektroniczną i dyrektywie Unii Europejskiej w sprawie handlu elektronicznego.

Osobom zainteresowanym tym tematem polecam również wpis Olgierda Rudaka, z którego cytuję ważny fragment:

  • e-usługodawca nigdy nie odpowiada za treści pochodzące od jego użytkowników, o których nie wie (bo ich np. nie moderuje),
  • może za nie odpowiadać dopiero od momentu, w którym się dowie o ich bezprawności (np. wskutek wiarygodnego zgłoszenia albo moderacji),
  • nie ma jednak obowiązku moderowania danych dodawanych przez użytkowników i nie ma prawa, które by go do tego zmusiło.

Mimo wszystko blogerom zalecałbym moderację komentarzy, bo niewiele na tym tracą (odrobina czasu), a zyskać mogą wiele (oprócz spokoju ducha również dużo wyższy poziom dyskusji w społeczności).

WAŻNA AKTUALIZACJA – 19.01.2012

Sąd Apelacyjny w Krakowie wydał wyrok w sprawie odpowiedzialności blogera za komentarze i uchylił wyrok sądu pierwszej instancji oraz oddalił powództwo o ochronę dóbr osobistych.

Obserwatorium Wolności Mediów – Bloger z Ryglic wygrał rozprawę apelacyjną!

Written by Mirek Połyniak

17/01/2012 at 08:00

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 46 other followers